"Moim zdaniem", cz. XLI (w niedzielne popołudnie 7 czerwca 2009) Miła Lucynko!
Jak wiesz, bo pisałem, od połowy maja rezyduję w "swoich lasach". Pogoda nie jest sprzyjająca – deszcze, burze – tak więc miałem przerwę dwudniową – zwiałem przed burzą. I to była dobra decyzja. Po powrocie zastałem powywracane sprzęty, połamane gałęzie. Ale jest też i dobra strona – moje "hektary" w końcu się zazieleniły. Nawet wyrosły jakieś śliczne, żółte kwiatki…
Poza tą dwudniową absencją przedwczoraj także wychynąłem ze swojej ostoi. Bo oto w Miasteczku G. dwudniowe święto ("Dni Gorzowa") obchodzone z dużym rozmachem – zwłaszcza w dziedzinach kultury masowej. Znasz mnie, więc domyślasz się, że to nie dla nich moje opuszczenie lasów.
Właściwie dla trzech tylko – akurat dla mnie ważnych, znaczących prezentacji sztuki, w których uczestnictwo uznałem za potrzebne i sensowne.
Tak więc najpierw piątek: godzina późno-wieczorna, dwudziesta trzecia tego dnia. Róg ulicy 30 Stycznia i Dąbrowskiego – przedwojenna kamienica (teraz internat Technikum Ekonomicznego).
Tak, tak tego samego, które jakoś udało mi się wiele lat wstecz ukończyć. Tę cześć internatu zamieszkiwały dziewczyny – naszych chłopięcych wtedy serc westchnienia frunęły z drugiej części tegoż budynku.

Stoję w grupie osób, które przyszły zobaczyć pokaz, który jego twórca Zbigniew Sejwa nazwał ładnie: "akcja wideo w przestrzeni otwartej". Już, kiedy widziałem film pt. "Dom" pokazywany parę tygodni wstecz w Klubie Myśli Twórczej "LAMUS", film, który stał się kanwą dzisiejszo-nocnego pokazu, wiedziałem, że "rzecz" warta obejrzenia. I nie zawiodłem się. Znakomity pomysł zasadzający się na ludzkiej potrzebie podpatrywania życia drugiego człowieka, ba – tutaj zastanowienia się nad jego człowieczą kondycją, egzystencją. Bo Zbyszkowe podpatrywanie nie ma w sobie nic z mentalności osiedlowych "wisiorów okiennych", których głównym celem jest tylko podpatrywanie, pisanie sobie właściwych plotkarskich scenariuszy. Kiedyś napisałem taką miniaturkę o jednej z sąsiadek mojego bloku, co to obdarzona sporymi kobiecymi walorami, przez wiele godzin okupuje parapet swojego okna:
Jak arbuzy
Obkłada nimi parapet Mówią o niej "Wisior okienny"
W pięciu oknach kamienicy (filmowego domu) oglądać możemy przez kilka minut życie tych, którzy za szybami. Jakaś pani kładzie się spać – rozbiera się (gratka dla podglądaczy) …, - a czyż nie jest normalnym rozbierać przed pójściem spać? W innym oknie kilka osób biesiaduje przy stole. Pojawia się pies, ktoś podchodzi do stołu, zapala papierosa. Widać, że mieszkanie – akurat ten pokój - nie jest w jakiś szczególny sposób umeblowany, na ścianach nie ma obrazów – można podejrzewać jakąś tymczasowość tego miejsca albo, że dopiero mieszkańcy się urządzają – to młodzi ludzie. Te dwa "okna" – dla mnie takie normalne w swojej prawdziwości. Zafrapowały, zaciekawiły obrazy z dwóch innych. Jeden bardzo statyczny: w skromnie urządzonym wnętrzu starsza kobieta siedzi na "rozebranym" do spania łóżku, jest w koszuli nocnej. Modli się "na różańcu". Nie klęczy, a siedzi na brzegu łóżka. Tak więc należy sądzić, że już nie może klęczeć, byłoby jej trudno wstać – pozycja siedząca do modlitwy jest wymuszona stanem zdrowia. Bo nie wierzę, że niechęcią albo brakiem pobożności…
Już nie patrzę, spuszczam głowę. W myślach moja Mama - o tej godzinie też kładzie się spać, a nieco wcześniej – też "na siedząco" we fotelu – różaniec. Po nim jeszcze Apel Jasnogórski z Częstochowy, z niewielkiego radia wspólnie odmawiany z tymi, którzy tam…
I jeszcze Lucynko jedno okno. To, które najbardziej mnie poruszyło – no nie, nie okno, a widok, projekcja za jego szybami. Para – mężczyzna i kobieta ubrani w podomki, pani, chyba w koszuli nocnej. Podartej na plecach. Tańczą ze sobą. Muzyki nie słychać, ale z ruchów ciał odczytuję walca.

Walca w nieco zwolnionym tempie. Takim, jakim mogą go tańczyć starsze osoby. Bez wirowania, figur i innych przynależnych przymiotów. Mężczyzna i kobieta nie są do siebie przytuleni, poruszają się jak w transie po przestrzeni pokoju, wydają się być pochłonięci tą czynnością bez reszty. Nie widać twarzy – możemy jedynie domyślać się ich wpatrzenia w siebie, może mówienia; "cóż nam zostało, potańczmy walca, może za jakiś czas już nawet tego nie będziemy mogli".
Już nie patrzę, spuszczam głowę. W myślach czasy, kiedy pracowałem w tzw. "służbie zdrowia" – godziny w Domu Starców, kiedy opowiadałem o Fryderyku Chopinie. Niekiedy, po tych pogawędkach jakieś, właśnie, "tańce" – to przypomnienie osób, które zeszły "z góry" nie do końca dokładnie ubrane…, ale z jakąś taką godnością w obcowaniu z muzyką, poruszaniu się… taniec zapomnienia? Ja pamiętam!
Było ciemno, nas widzów ze trzy dziesiątki osób, błyskały flesze aparatów, zatrzymujące się samochody – pasażerowie zadzierali głowy, by zobaczyć, co się dzieje… Ilu wyniosło refleksje podobne do moich? Nie wiem. Wiem, że warto było, mimo panującego chłodu postać tam i zobaczyć, zastanowić się, zadumać… Na pewno integrował pokaz, przekaz, pobycie razem tego późnego wieczoru w tamtym miejscu, może też… lampka szampana, co jak na otwarciach wystaw pośród murów galerii…
A, że nie jest to Sztuka dla mas, które w tym czasie nad Wartą słuchały muzyki popowej. Cóż - powiedziałem do Zbyszka Sejwy i Moniki Kowalskiej, która dzielnie pomagała przy instalacji, realizacji projektu – "artysta, jeśli tworzy dzieło nawet dla jednej osoby, która je obejrzy i doceni, powinien powiedzieć sobie: Warto było!".
Kończę, Lucynko, już ten dzisiejszy list, bo jakoś tak mi się wydłużył, chociaż przecież nie o wszystkim udało się napisać. Tak więc o "Galerii "Bezbronna"" i teatrze ulicznym w następnym pisaniu! Może jutro, jak czas pozwoli.
Tymczasem pozdrowienie i dobre myśli posyłam.
Acha, fotkę z tej prezentacji poślę w następnym liście – akurat tusz w drukarce mi się skończył. Pech? No, pech!
Marek
Fot. Piotr Miler
10-06-2009
/ sprawozdania z tego miesiąca
|