Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Zrozumiałem.
Gorzów Wielkopolski

Lubuskie warte zachodu
 
 
 
 
Logowanie
 
 
 

nie jesteś zarejestrowany?
wpisz proponowany login i hasło, a przejdziesz do dalszej części formularza..
Wywiady

Tomasz Kot - Wygłupiam się w pocie czoła

Człowiek do wszystkiego - do teatru, filmu i serialu. Z tym pierwszym związany od liceum, mimo, że wcześniej teatr kojarzył mu się z czasem wolnym od szkoły. Dziś specjalista od seriali. Zdobywa publiczność rolami 
w „Na dobre i na złe” i „Nani”, a akcje jego popularności rosną w zawrotnym tempie. O recepcie na sukces i życiu na scenie z Tomaszem Kotem rozmawia Łukasz Chwiłka.

„Przez rok uczył się w seminarium duchownym” - ten punkt figuruje 
w każdej z pańskich biografii. Czy pan doprawdy chciał zostać księdzem?
Nie. Z Internetem się nie wygra. To nie jest prawda. Byłem przez pół roku w liceum przy seminarium. Rozumiem, że to jest łakomy kąsek dla dziennikarzy i oni to rozdmuchali. 
To jest na tyle atrakcyjne, że nawet w miejscach, w których pracuję, to zamieszczają 
i dopiero później się orientuję. 

Ale to jest prawda, że zdał pan maturę za drugim podejściem. Na czym się pan wyłożył?
To była bardzo złożona sytuacja. Fakt faktem, że ja już opuszczałem szkołę, bo byłem 
w teatrze, miałem swoje premiery zawodowe. To był ostatni ustny egzamin. 

Jaki przedmiot?
Historia ustna.

Bez problemu było za to z egzaminem do szkoły teatralnej. Jaki przystanek przed szkołą teatralną czy filmową powinien obowiązkowo zaliczyć młody człowiek, który zapragnie być aktorem?
Przede wszystkim nie bać się, bo to jest najważniejsze. Nie we wszystkich miastach są teatry amatorskie, ale praktycznie w każdej szkole...

Są kółka teatralne...
Może nawet nie kółka teatralne, ale można coś recytować, można jeździć na konkursy recytatorskie. Aktorstwo to przede wszystkim pokonywanie samego siebie. W tym pierwszym okresie to jest najtrudniejsze. Tu przełamuje się barierę adrenaliny, wewnętrznej nieśmiałości. To jest najważniejsze. Nie bać się. Ten zawód jest nieodłącznie związany z jakimś ekshibicjonizmem.

Kiedy po raz pierwszy na poważnie pomyślał pan, że z aktorstwa można zrobić sposób na życie, na zarabianie pieniędzy?
O zarabianiu pieniędzy nie myślałem w ogóle. Nastoletni człowiek myśli ideałami, bardziej pasją. Sposób na życie? Od pierwszego występu. To było takie niesamowite uczucie.

Ile miał pan lat wtedy?
Miałem 17 lat, byłem w drugiej klasie liceum wtedy. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałem. Teatr kojarzył mi się tylko z tym, że jest wolne od szkoły. Cieszyłem, że idę do teatru 
i mogę się po przerwie zerwać. Natomiast w liceum się to zmieniło i wtedy poszedłem 
do teatru. Miałem szczęście, że w Legnicy było kółko teatralne i tak się zaczęła ta przygoda.

Aktorstwo to też pewnie ciężki i trudny kawałek chleba. Podobno podczas kręcenia „Skazani na bluesa” mała dziewczynka podeszła do pana prosząc 
o autograf i powiedziała: „Zawsze chciałam być aktorką, ale jak zobaczyłam, co pan robi, już nie chcę”.
To jest błędne wyobrażanie, bo ludziom się wydaje, że to się odbywa na zasadzie: pośpiewał, potańczył, poszedł do kasy i ma mnóstwo pieniędzy. Przede wszystkim mało ludzi, którzy tak mówią, wytrzymałoby ten napór psychiczny. Nazwałem to, że wygłupiam się w pocie czoła. Druga sprawa to, że w „Niani” czy w „Na dobre i na złe”, owszem, wygłupiamy się, ale te wygłupy zaczynają się o 5:30 rano i czasami trwają po 12 godzin, 
a czasem na planie jestem 14 godzin.

Ekstremalny zawód, biorąc pod uwagę, że zwykły człowiek narzeka na osiem godzin roboty...
Zdecydowanie narzeka na osiem godzin pracy. U mnie nie zawsze przez te osiem godzin jest przyjemnie, nie zawsze się świeci twarzą, błyskiem w oku. Mnie nie stać na zmęczenie, na ziewanie. 

Obecnie możemy pana  zobaczyć w serialach "Niania" oraz "Na dobre i na złe", wcześniej „Camara Cafe”. Wiele serwisów filmowych po tych rolach namaściło pana mianem „aktora specjalizującego się w serialach telewizyjnych”. Tak jest?
Ja tak nie uważam, bo jest po prostu element zawodu. Ja byłem ciekawy. Poza tym bardzo dużo grałem w teatrze, nawet bardzo dużo głównych ról, ale marnie zarabiałem. W pewnym momencie padło pytanie: Jeżeli chciałbym założyć rodzinę, to dlaczego miałbym sobie odbierać prawo do podwyższenia standardu życiowego tylko dlatego, że jest jakaś misja, sztuka? Pojechałem do Warszawy, zakochałem się w tym mieście, 
i w serialach jest bardzo dobrze, ale z teatru nie rezygnuje, czego dowodem jest przyjazd do Gorzowa.

                                                                                     (rozmawiał: Łukasz Chwiłka)

 



20-11-2006

/ pozostałe wywiady
Kalendarz imprez
Sfinansowano w ramach Kontraktu dla województwa lubuskiego na rok 2004

Copyright © 2004-2022. Designed by studioPLANET.pl. Hosting magar.pl